Podstawy współczesnego kapitalizmu liberalnego zbudował Adam Smith w swoim dziele pt. „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” (1776). Podstawową implikacją jego dzieła jest stwierdzenie, że wolność poszczególnych ludzi w ich dążeniu do uzyskania materialnej satysfakcji oraz wolna konkurencja między nimi sprawią, że całe społeczeństwo także uzyska z tego korzyści. Krótko mówiąc wolny rynek sprawia, że wszystkim żyje się lepiej a bardziej zaradni życiowo sprawiedliwie dostają więcej. Później teoria wyłożona przez Smitha uzyskała miano ekonomii klasycznej. W ciągu następnych lat, głównie w zeszłym stuleciu, myśl ekonomiczna Smitha ewoluowała w coś, co zostało nazwane ekonomią neoklasyczną, która to dominowała na świecie przez wiele lat XX w. i na początku XXI w.
Adam Smith nie przewidział jednak jednego aspektu związanego z jego teorią. Jest to rodzaj paradoksu, bądź niefortunnego sprzężenia zwrotnego, który sprawia, że świat działający wg. modelu Smitha jest skazany na upadek. Gdybyśmy żyli w świecie bez granic, świecie nieskończonym przestrzennie nie było by problemu, ale w takim świecie niestety nie żyjemy. Paradoks, o którym piszę nosi nazwę „Tragedii dóbr wspólnych” lub inaczej „Tragedii wspólnego pastwiska” (The Tragedy of The Commons). Podstawy tej idei zostały opracowane przez Garreta Hardina w 1968 r. Dobra wspólne, o których mowa to każdy zasób materialny lub niematerialny należący do wszystkich. Każdy człowiek, który chce i ma do tego możliwości, może dowolnie korzystać z dobra wspólnego. Dobra wspólne są mniej lub bardziej powszechne, niektóre są naprawdę rzadko spotykane i często otrzymują wtedy abstrakcyjne pojęcie „wartości”, dzięki czemu można je wymieniać na inne wartościowe rzeczy (np. złoto). Ta rzadkość i wartość sprawiają, że państwo bądź jakaś inna spójna grupa ludzi za pomocą prawa ograniczają dostęp do tych dóbr.
Garret Hardin wyjaśnił problem stosując prostą analogię – analogię pastwiska. Załóżmy, że istnieje pastwisko, na którym pasą się owce. Limit wypasu to dziesięć owiec, gdy ten limit jest przekroczony następuje degradacja ekosystemu pastwiska, ponieważ trawa jest przez owce zjadana szybciej niż może odrosnąć. Na pastwisku pasie się obecnie dziesięć owiec. Każda owca należy do jednego pastucha. Mamy więc dziesięciu pastuchów wypasających na pastwisku po jednej owcy. Ludzie ci wypasają na pastwisku owce, żeby je utuczyć i sprzedać z zyskiem za 1 złoty. Wszystko wygląda pięknie i idealnie, ale idylle burzy jeden z pastuchów. Pastuch o imieniu Donek jest mądrzejszy niż inni i wpada na pomysł, że zarobi więcej gdy będzie wypasał nie jedną ale dwie owce. Kupuje więc za oszczędności drugą owcę. Limit wypasu owiec wynosi jednak dziesięć, kolejna powoduje więc spadek produktywności ekosystemu. Ponieważ jednak mamy dziesięciu pastuchów, koszty zubożenia ekosystemu dzielą się pomiędzy nich wszystkich. Donek w tym momencie „uzewnętrznił” swoje koszty środowiskowe związane z wypasem tej dodatkowej owcy. Każdy pastuch musi zapłacić 1/10 złotego. Zysk dziewięciu pastuchów wynosi więc jedynie 9/10 złotego a zysk Donka 1 i 9/10 złotego. W jakiej sytuacji stawia to dziewięciu mniej obrotnych pastuchów? Otóż spadająca marża sprawia, że muszą dokupić po owcy albo wypadają z biznesu. Nikt nie chce stracić źródła zarobku a poza tym mamy wolny rynek, więc mniej obrotna dziewiątka dokupuje po owcy. Wtedy Donek, chcąc uniknąć spadku swojej marży kupuje trzecią owcę i tak koło się zamyka. W końcu masa owiec niszczy całkowicie pastwisko i wszyscy wypadają z interesu – Donek też. Tak w skrócie rysuje się Tragedia dóbr wspólnych.
Dobrem wspólnym jest jak już pisałem wcześniej każde dobro, do którego wszyscy gracze mają wolny dostęp. Dobrem wspólnym jest przykładowo powietrze, woda, piękno krajobrazu, żywność czy surowce mineralne. Dostęp do niektórych z tych dóbr jest ograniczony, ale to trochę inna sprawa, ważne, że mając pieniądze można uzyskać dostęp do tych ograniczonych dóbr. Gdy pewne dobro jest bardzo powszechne, nie ma ono dużej wartości, skutkiem czego dostęp do niego jest całkowicie darmowy. Tak było do niedawna z powietrzem atmosferycznym. Chociaż wciąż nie płacimy za oddychanie to już np. fabryki czy elektrownie nie mogą już darmowo i w dowolnej ilości wypluwać zanieczyszczeń z kominów do atmosfery. Muszą za tę emisję płacić wykupując odpowiednie pozwolenia i trzymając się odpowiednich limitów emisji. Jest to wyraz zasady „zanieczyszczający płaci”, która jest instrumentem zapobiegającym „uzewnętrznianiu” kosztów środowiskowych. W przeszłości, gdy nie było praw ochrony środowiska każdy mógł wprowadzać do atmosfery dowolną ilość zanieczyszczeń i nie brać kosztów obecności tych zanieczyszczeń w środowisku pod uwagę w swoich budżetach. Było to tzw. uzewnętrznienie kosztów środowiskowych. Brak zasady „zanieczyszczający płaci” powodował, że żaden przedsiębiorca nie miał zachęty do inwestowania w instalacje do utylizacji zanieczyszczeń, bo ponosiłby dodatkowe koszty a przecież każdy chce produkować najtaniej żeby nie wypaść z rynku. Takie są zasady wolnego rynku, które skonstruował Adam Smith. Nawet jakby 90 % przedsiębiorców dobrowolnie umówiłoby się, że ograniczy emisję zanieczyszczeń do środowiska to bezwzględne 10 % by tego nie zrobiła. Te 10 % mogłoby produkować o wiele taniej, zdobywając przewagę nad konkurencją, która z czasem pozwoliłaby im na jej przejęcie lub wyeliminowanie z rynku. Dlatego też nikt dobrowolnie nie godził się kiedyś na ograniczenie swojej emisji, chyba że miał w tym jakiś specyficzny interes. Każdy produkował tyle ile mógł i uzewnętrzniał koszty środowiskowe tak, że rozkładały się one na ogół graczy, czyli całe społeczeństwo. Widzicie podobieństwo do pastwiska Hardina?
Na szczęście ludzie poszli po rozum do głowy i wprowadzili odpowiednie restrykcje prawne, które nie pozwalają kapitalistom maksymalizować swoich zysków kosztem nas wszystkich. Są to np. kary i opłaty środowiskowe, limity emisji zanieczyszczeń do wód i do atmosfery, limity połowów ryb a także system handlu emisjami CO2 (tzw. cap and trade). To jednak nie znaczy, że jesteśmy bezpieczni i że możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Są bowiem dobra wspólne, wolne do podatków czy opłat (lub są to opłaty symboliczne) takie jak korzystanie z ulic, powietrze, woda, strefa wizualno-audialna miast (chodzi mi tutaj o reklamy na bilbordach, które stanowią zanieczyszczenie szkodliwe dla oczu i hałas spowodowany słuchaniem przez kogoś głośnej muzyki czy wywołany np. jazdą na motorze, które to są szkodliwe dla uszu) czy przestrzeń miejska lub wrażenia krajobrazowe. Są nawet takie dobra wspólne, do których używania państwo nas zachęca (przykładem jest tutaj płodzenie potomstwa a zachęta to becikowe – o tym napiszę dokładniej w dalszej części tej pracy).
Ciekawym przykładem dobra wspólnego, za które się nie płaci jest korzystanie z ulic. Dostęp do ulicy ma każdy kierowca posiadający samochód. Jadąc w środku nocy po mieście mamy całą ulicę dla siebie, komfort jazdy jest wtedy duży. Co się jednak stanie, gdy więcej kierowców postanowi użyć tej samej szosy co my, żeby gdzieś dojechać? Oczywiście wynikiem takiej sytuacji będzie korek uliczny. Wszyscy uczestniczący w korku kierowcy tracą praktycznie po równo (czas, nerwy i paliwo). Nikt z nich jednak nie pomyśli, żeby zrezygnować z jazdy dzisiaj, że wtedy będzie mniejszy korek. Nie zrobi tak z oczywistego względu, bo żaden inny kierowca jutro też tego nie zrobi, więc on nie uzyska żadnej korzyści odkładając swój przejazd na później. Tragedia dóbr wspólnych? Jak najbardziej.
Źródło: http://kypublictransit.org/traffic2.jpg
Drugi przykład, jaki chciałbym przedstawić to wrażenia krajobrazowe. Są to wrażenia estetyczne, których doznajemy chodząc na przykład po górach. Wokół widać piękne krajobrazy i ani żywego ducha wokoło. Nareszcie czujemy się wolni. Ale co się stanie, gdy większa ilość ludzi postanowi pojechać w te same góry co my, w tym samym czasie? Nasze wrażenia estetyczne będą spadać proporcjonalnie do ilości ludzi, których spotkamy. Taka sytuacja miała niemal karykaturalne odzwierciedlenie w Tatrach w czasie tegorocznych wakacji. Prasa donosiła, że w kolejce na Giewont ludzie muszą czekać aż trzy godziny. Co to za frajda pojechać w Tatry i czekać tyle w kolejce, żeby móc wejść na wcale nie najwyższą górę w tatrach? Ale czy ktoś z tych turystów pomyślał, żeby nie wybrać się w Tatry w te wakacje, żeby inni Polacy mieli bogatsze doznania estetyczno-krajobrazowe? Wątpię. Raczej nie pojechali, dlatego, że wiedzieli, że ich doznania estetyczno-krajobrazowe będą raczej nikłe a pamiątką z podróży będą tylko nerwy skołatane przez przeciskanie się przez tłum na szlaku.
Źródło: PAP / Grzegorz Momot
Innym ciekawym przykładem jest przestrzeń miejska. Przestrzeń miejską rozumiemy, jako przestrzeń na chodniku po której możesz iść (nie wpadając na inne osoby czy nie przeciskając się przez tłum), wolną ławkę w parku czy miejsce w tramwaju i autobusie. Niedawno w Warszawie miał miejsce nieprzyjemny incydent. Drugiego września około 7 rano podczas największego szczytu komunikacyjnego zepsuło się metro. Ruch pomiędzy stacjami Dworzec Gdański a Centrum odbywał się wahadłowo. Perony zaraz zatłoczyły się do granic możliwości. Każdy pasażer kupując bilet otrzymywał dostęp do dobra, jakim był przejazd metrem a ponieważ musiał dzielić ten przejazd z innymi pasażerami było to dobro wspólne. Gdy nagle dobro wspólne zrobiło się rzadkie, każdy pasażer znacznie na tym stracił (czas, dobry humor z powodu sytuacji i tłoku itp.). TVN Warszawa na swojej stronie internetowej donosiła, że dzieją się w Metrze iście dantejskie sceny – „Ludzie wyzywali się nawzajem, popychali się, miażdżyli. Z każdą stacją do wagonika wsiadało coraz więcej ludzi. (…) Wagoniki były przeciążone. Dyspozytor nadawał komunikat żeby nie opóźniać odjazdu pociągu”. Ludzie zaczęli się poszturchiwać, wykłócać”. Warto zauważyć, że nasza małpia natura w przypadkach niedoboru pewnego (w tej chwili bardzo pożądanego) dobra i zagrożenia jakie się z tym wiąże każe nam reagować agresywnie na takie sytuacje. Spokojni i kulturalni zazwyczaj ludzie stają się agresywni i wulgarni. Podobne zjawisko można zaobserwować u kierowców stojących w korkach, im też zdarzają się puszczać nerwy.
Źródło: fot. Lech Marcinczak / TVN Warszawa
W tym przypadku nikomu nic się nie stało, ale co by było gdyby nie chodziło o dojazd do pracy tylko o przetrwanie? Pamiętacie zamieszki w Nowym Orleanie (USA) po przejściu huraganu Katrina? Większość mieszkańców tego miasta wyjechała lub została ewakuowana. Jednak pewna część populacji (głównie murzyńska) pozostała w Nowym Orleanie. Po przejściu huraganu niemal całe miasto ogarnęła fala powodziowa a potem fala zamieszek i grabieży. Policja przez wiele dni nie mogła poradzić sobie z tą sytuacją. Wielu ludzi, spośród tych, którzy zostali w Nowym Orleanie, szukało schronienia w dużym obiekcie sportowym wszechstronnego użytku Louisiana Superdome. Urzędnicy miejscy nie wyposażyli jednak tego obiektu w dostateczną ilość zapasów takich jak woda, paliwo do generatorów, materiały medyczne czy toalety chemiczne. W kulminacyjnym momencie powodzi schroniło się tam około 20 tysięcy osób. Porządku zaś pilnowało tylko 550 członków Gwardii Narodowej. Sytuacja w budynku była opisywana jako chaotyczna. Były niepotwierdzone doniesienia o użyciu narkotyków, bójkach i gwałtach. Korytarze były pełne ludzkich fekaliów, tak jakby ludzie zamienili się nagle w dzikie zwierzęta. Ostatecznie w Louisiana Superdome zginęło sześć osób. Innym przykładem jest Holocaust i wydarzenia w obozach koncentracyjnych w czasach II wojny światowej. Wielu więźniów zatracało swoje człowieczeństwo. Morderstwa, gwałty czy nawet kanibalizm były na porządku dziennym. Wniosek z tego jest jeden – jeżeli chodzi o dobra wspólne (znacznie ograniczone ilościowo w danym miejscu i czasie), które są niezbędne do przetrwania, takie jak woda czy pożywienie, ludzie chcący uzyskać do nich dostęp potrafią być wobec siebie agresywni, okrutni i bezwzględni. Jest to jednak naturalne, w końcu jesteśmy tylko kolejnym gatunkiem małpy.
Przejdźmy jednak do konkluzji tego artykułu. Dlaczego zjawisko znane pod nazwą Tragedii dóbr wspólnych nieuchronnie musi doprowadzić do upadku kapitalizmu i końca tzw. kultury Zachodu? Żeby to wyjaśnić muszę przez chwilę skupić się na jednym z najważniejszych dóbr wspólnych, jakim jest wolność płodzenia potomstwa. Ludzie niemal na całym świecie uważają, że płodzenie dzieci to ich święte prawo, którego nikt im nie może odebrać. Jedynym krajem jaki wprowadził w tym zakresie ograniczenia są chyba Chiny. Każdy może dobrowolnie planować ilość dzieci. Wielkość rodziny to decyzja, która należy do rodziców. To stwierdzenie ma zastosowanie zarówno do kultury Zachodu jak i kultury muzułmańskiej, chociaż są one często sobie przeciwstawiane. To stwierdzenie ma także zastosowanie do wszelkich mniejszych kultur – plemion pierwotnych czy państw azjatyckich (nie licząc Chin). Można więc przyjąć, że ludzkość może się dowolnie rozmnażać. Jest to nawet zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, która mówi, że rodzina jest naturalną i podstawową jednostką społeczeństwa a wszystkie decyzje dotyczące jej wielkości należą tylko i wyłącznie do samej rodziny. Każdy atak na tą podstawową wolność jest traktowany jako atak na całą ludzkość i jest powszechnie uważany za nieludzki i niemoralny. Zwolennicy zorganizowanej redukcji przyrostu naturalnego i w konsekwencji wielkości ludzkiej populacji są spychani na margines, szykanowani a nawet posądzani o udział w najprzeróżniejszych spiskach z gatunku New World Order. Przyrost populacji jest na rękę wielu grupom społecznym, począwszy od narodów skończywszy na sektach religijnych. Wiele się mówi o tym, że Polki muszą rodzić więcej dzieci, tak żeby mogła zachodzić zastępowalność pokoleń, w innym wypadku nasz system emerytalny może tego nie wytrzymać. Grupy religijne zaś widzą nieograniczone rozmnażanie, jako sposób na zwiększenie ilości swoich wyznawców. Z tego właśnie powodu chrześcijańscy przywódcy religijni z Papieżem na czele nie chcą zaakceptować środków antykoncepcyjnych. Ekonomiści widzą w przyroście populacji szanse dalszego rozwoju gospodarczego, bo więcej dzieci w przyszłości oznacza, że teraz można się zadłużać, bo rachunek spłacą w przyszłości nasze dzieci. Ponadto więcej dzieci w krajach ubogich oznacza tańszą siłę roboczą i większy zysk, za którym idzie wzrost gospodarczy. Politycy natomiast w dodatnim przyroście populacji widzą więcej podatników w przyszłości, więcej innowacji i rąk do pracy. Przykładów jest wiele.
Z tym dobrem wspólnym (każdy ma wolny dostęp do możliwości płodzenia dzieci) jest pewien zasadniczy problem – Ziemia jest skończona przestrzennie a o kolonizacji kosmosu ala Stanisław Lem można zapomnieć. To oznacza, że gdy rodzi się kolejne dziecko trzeba podzielić ograniczoną ilość dóbr wspólnych na coraz to większą ilość ludzi (bo ta sama Powszechna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że „wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swojej godności i swych praw”). Od 1900 r. ludzka populacja urosła z 1,65 mld do 6,7 mld w 2008 r. czyli czterokrotnie. Było to głównie możliwe dzięki wykorzystaniu ropy naftowej. Odkrycie i użycie tego surowca umożliwiło skok technologiczny w dziedzinie transportu, medycyny i rolnictwa. To ropa umożliwiła utrzymanie takiej ilości ludzi. Ogromny przyrost populacji umożliwił z kolei znaczny wzrost światowych gospodarek działających wg. modelu kapitalistycznego. Dlatego też z ustrojem kapitalistycznym kojarzymy wszystko co dobre i tak kurczowo się go trzymamy. Niestety wielce prawdopodobne jest, że tempa wydobycia ropy na obecnym poziomie nie będzie można w przyszłości utrzymać a co dopiero je zwiększyć. Będzie się ono sukcesywnie zmniejszało (patrz Peak Oil). To z kolei uniemożliwi dalszy wzrost populacji ludzkiej, co przełoży się na permanentny „spadek” gospodarczy. Zresztą nawet gdyby ropy było pod dostatkiem, trudno zakładać, że w tym stuleciu populacja ludzka znowu przyrośnie czterokrotnie do 28 mld a to właśnie wzrost populacji jest głównym motorem wzrostu gospodarczego, bo pozwala kreować dług spłacany w przyszłości.
Takie są fakty. Od nas zależy jednak decyzja, co do charakteru spadku gospodarczo-populacyjnego świata. Jeżeli nie ograniczymy dobrowolnie swojej populacji to stworzy to duże zagrożenie dla światowego ładu. Wtedy wzrost populacji będzie kontynuowany przez pewien czas, gdy już sfera gospodarcza świata znajdzie się w permanentnej recesji, co spowoduje, że późniejszy spadek populacji będzie gwałtowny. Jeżeli jednak zdołalibyśmy zahamować wzrost populacji, presja na dostęp do malejących zasobów surowców i dóbr byłaby mniejsza, co pozwoliłoby uniknąć wielu wojen, cierpienia i tym podobnych katastrof, jakie zawsze się pojawiają, gdy wielu ludzi chce uzyskać dostęp do dóbr, które są drastycznie ograniczone ilościowo. Niestety dla nas nikt dobrowolnie nie zgodzi się ograniczyć swoją płodność (bo znaleźli by się ludzie, którzy by tego nie zrobili i uzyskaliby w końcu przewagę nad bezpłodnymi) i nie będzie woli politycznej aby prawnie takie nakazy wprowadzić (polityk, który by to zaproponował zaraz zostałby odsunięty od władzy i okrzyknięty faszystą). Tutaj należy wspomnieć o tym, że nasze systemy moralne pojawiły się wtedy, gdy na Ziemi było mnóstwo miejsca i zasobów naturalnych. Te systemy moralne (m.in. zezwalające na posiadanie nieograniczonej ilości potomstwa) są już nieadekwatne do warunków panujących obecnie, gdy populacja ludzka jest ogromna. Dlatego właśnie nasza niezdolność do przystosowania się do zmieniających się warunków, jakie panują na Ziemi sprawi, że zrujnujemy tę planetę, co przyczyni się do upadku kapitalizmu i naszej kultury. Czego nie zrobią dobrowolnie ludzie, zrobi za nich natura. W 2100 r. Ziemię będzie zamieszkiwać około 1,5 mld ludzi, reszta wyginie z powodu wojen, chorób i przede wszystkim głodu. Dorobek naszej cywilizacji ulegnie w większości zniszczeniu lub zapomnieniu. Tak właśnie wygląda Tragedia dóbr wspólnych.